|
...i rzeczywiście wszystkich? |
|
|
|
2 listopada jest dniem wspomnienia wszystkich wiernych zmarłych. Ta prawda stała się już tak oczywista, że przechodzimy obok niej gubiąc to, co zostało szczególnie tego dnia zaoferowane jako myśl, impuls - wskazanie... Wierni zmarli jakby automatycznia przedstawiają się nam jako nasi najbliżsi, znani, lubiani mniej lub bardziej, którzy spotkali już śmierć, których po prostu z nami nie ma... Z ludzkiego punktu widzenia, ich wierność za życia wyrażała się być może poprzez żywy akt wiary, poprzez bliskości, szacunku, odwadze, lojalności, życzliwości i w tym wszystkim co dla nas kryje się pod osłoną słowa WIERNOŚĆ! Nawet nie/wierny - wierny jest wobec swojego postanowienia...
|
|
Czytaj całość…
|
|
|
Po drugiej stronie grobu! |
|
|
|
"Oto otwieram wasze groby i wydobywam was z grobów, ludu mój, i wiodę was do kraju Izraela, i poznacie, że Ja jestem Pan, gdy wasze groby otworzę i z grobów was wydobędę, ludu mój". (Ez 37,12b-13)
Grób jest symbolem śmierci, zagłady, ciemności, porażki, przegranej, utraty tego-co życio/dajne... Człowiek cieszący się życiem, prestiżem, zdrowiem, szacunkiem i poważaniem innych, nie chce słyszeć o własnym grobie. Takie sformułowania nie kojarzą nam się najlepiej, nie widzimy tam światła - nic pozytywnego. Sama myśl o śmierci - jest przez nas zagłuszana (ucieczka w różnego radzaju środki pocieszenia-w konsekwencji często nałogi trzymające w niewoli).
Bóg nie mówi do nas o kamiennych monumentalnych grobowcach! Mówi o innej grobowej niewoli. Każdy z nas siedzi w niej "po uszy" - rozkładając się od środka... Twoim grobem-jest pryzmat patrzenia na własne życie - to jak różowe okulary przez które patrzysz na świat! Na pozór kolorowy - w rzeczywistości - iluzoryczny, fałszywy. On staje pośród nas bez okularów - wchodzi do grobu - wpierw za życia - Inkarnacja - Wcielenie - Boże Narodzenie, podejmuje los człowieka niewolnika. Bierze na siebie historię człowieka, każdego z nas - z głównym zwichnięciem natury - różowe okulary, kamizelka kuloodporna, piorunochron, polisy ubezpieczeniowe - wszystko to, co może uchronić mnie przed tym, co nazywam grobem. JEZUS obwieszony tymi fałszywymi bożkami, pokryty ludzkimi zabezpieczeniami - pozwala zabrać sobie wszystko: ("Rozebrali Go z szat..." Mt 27,28; Ps 22,19; "Wzięli Jego szaty..." J 19,23). Nagi - otwarty na wolę Ojca, na naszych oczach - pozwala się wprowadzić do grobu - "...złożono Jezusa, bo grób znajdował się w pobliżu" (J 19,42).
Pierwszego dnia po szabacie - grób był pusty....!? Mt 28,6; J 20,1
Co nam z tego, że zdobyliśmy podstwową wiedzę religijną, że zbieramy na pamiątkę zeszyty z religii, że jesteśmy systematyczni w praktykach religijnych - jeśli wciąż nie potrafimy uwierzyć JEZUSOWI!
Jesteśmy milionerami - bogactwo, technika, atrakcyjność, walor estetyczny, intelekt - a i tak żyjemy w nędzy strachu i lęku, tylko właściwie przed czym...?
|
|
|
Możliwości do tego, aby zweryfikować swoją wiarę w Syna Bożego jest wiele. Każdy dzień oprócz promieni słonecznych ma takie chwile w których możemy "ujrzeć siebie" - zobaczyć komu ufamy... Bóg daje nam możliwości i sytuacje gdzie demaskuje nas i otwiera nową drogę! Początkiem właściwego przeżywania okoliczności sprzyjających nam w procesie nawrócenia jest Liturgia-publiczne zgromadzenie wspólnoty wraz z prezbiterem - kapłanem. Nie chodzi tylko o samą obecność, z której nie wiele jeszcze wynika ale o poddanie się, umożliwienie Bogu wejścia w nasz ośrodek zarządzania-serce i cały proces myślenia (Ez 36,26; 39,29). W liturgii dochodzi do zapłodnienia człowieka a dorastanie, dojrzewanie w wierze ma miejsce w życiu-pośród codzienności. Światłem dla nas, które pozwoli nam wejść w siebie i zobaczyć na jakim etapie życia duchowego jesteśmy, będą słowa z Ew. wg Św. Łukasza 23,46. "Wtedy Jezus zawołał donośnym głosem: Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego". Słowa te mają swoje źródło w Starym Testamencie a konkretnie w Księdze Psalmów - Ps 31,6. Warto odnieść się także do postawy św. Szczepana. W chwili męczeństwa również przywołuje te słowa (Dz 7,59). Z widocznym akcentem Chrystocentrycznym - "Panie Jezu..."
Donośny głos Jezusa - może wskazywać na to, że ma nam coś bardzo ważnego do powiedzenia. To komunikat Boga, który posługuje się Człowiekiem - po to, aby Ten mógł dotrzeć do człowieka. Taką misję pełnili już Patriarchowie, Prorocy, Apostołowie - jednak ostatecznie i definitywnie Ojciec przemówił do nas przez Syna (zob. Hbr 1,1). OSTATNI GŁOS NALEŻY DO NIEGO! Podniesiona intonacja głosu, nie jest dowodem zdenerwowania, nie ma też charakteru egoistycznego. Jezus nie skupia się na sobie - On woła Ojca. Ukazuje moc, która pochodzi z wysoka - nie z tej ziemi... Nie jest mocą człowieka, mocą ludzką. Krzyk Syna Bożego deklaruje pewność, odwagę i dyspozycyjność nawet w takim momencie jak śmierć. Oddanie ducha - to wydanie, złożenie siebie w ręce BOGA. Wystarczy wyobrazić sobie człowieka, który znajdując się w niebezpieczeństwie utraty życia broni "siebie" za wszelką cenę - 'tonący brzytwy się trzyma'. Kiedy znajdujemy się w podobnej sytuacji - gdy bliski nam człowiek, prowadzi nas "na krzyż" - stawia nas w sytuacji pod/bramkowej, gdzie czujemy, że jest nam coś zabierane-wtedy właśnie mamy okazję, aby powierzyć ducha - powierzyć siebie - Temu, który wie czego nam potrzeba... Właśnie w takim trudnym położeniu jako ludzie wiary, możemy zweryfikować to, czy daliśmy się zapłodnić Bogu i czy Jego życie-moc w nie/mocy dojrzewa w konkretnym ciele jakim jest Kościół - Twoje i moje ciało (1 Kor 3,16; 6,20; 1 P 2,5n). Niech zatem kult Boga w nas dokonuje się na każdym kroku - w kościele i pośród tych, dzięki którym możemy objawiać Boże Synostwo (zob. 2 Kor 4,10).
|
|
|
Być sobą -> być solą! Mt 5,13 |
|
|
|
|
Bóg zainterweniował! Wszedł w konretne Ciało - Człowieka. Wyszedł ku tym, którzy żyjąc w kondycji po-grzechowej (por. Rz 3,23) są wyrafinowani w odrzucaniu... Można powiedzieć, że Bóg w JEZUSIE przyszedł właśnie po to, by zostać odepchniętym, wzgardzonym (Iz 53,1-7). Dokonał tego nie ze względu na siebie ale właśnie dla tych, którym brakuje nowego spojrzenia i odwagi do tego, aby przyjąć nową rzeczywistość. Tendencje te widoczne są także dzisiaj - w samym środku Kościoła - Ciała Chrystusa (1 Kor 3,16; 6,19). Wewnątrz konkretnej wspólnoty parafialnej (parafii) dokonuje się ta sama rzeczywistość, która miała miejsce wtedy, gdy Boży Syn stanął pośród swoich. Bóg przychodzi z ofertą, która może zostać odrzucona -tzn. potraktowana opieszale czy powierzchownie. Wychowani w rodzinach katolickich mamy przecież jakiś obraz Boga, nosimy w sobie wizję chrześcijaństwa, religijności, tego jak i kiedy korzystać z usług, które proponowane są w lokalnych parafiach. Profil patrzenia na naszą historię w perspektywie zbawienia - nie zawsze jednak należy do nas. Może on być wtłaczany nam na zasadzie dziedziczenia - np. dziadek chodził do Kościoła, Twój ojciec i Ty też będziesz... W takim układzie co najwyżej możesz czuć się jak spadkobierca, który nie bardzo wie co otrzymał i co dalej ma z tym zrobić. W konsekwencji zakopujemy talent-minę (Łk 19,20). Żyjąc z taką uproszczoną wizją Kościoła - jesteśmy jak wyrób chrześcijanopodobny. Trudno jest wtedy być sobą - żyjąc z bagażem narzuconym Ci na plecy przez innych (bagaż cudzy). Nasze oddziaływanie na innych, także będzie nasiąknięte substancją trującą (kreowanie fałszywej wizji Kościoła, budowanie w Kościele społeczności anty-chrześcijańskiej).
Czego więc brakuje? Poddania się Duchowi Jezusa! Udostępnienia siebie - wejścia w relację ze Słowem, które w Tobie może stać się rzeczywistością. To jak z naczyniem, które można napełnić - potrzeba tylko przyzwolenia. Tym, który prowadzi cały proces - zabieg, jest ON - nie Ty czy ja. Wiele z takiej operacji może się nam nie spodobać - ludzie nie tacy, zachowanie, wygląd, sposób bycia... Tu nie chodzi jednak o nasze upodobanie - ale o przeżycie doświadczenia uzdrawiającej siły BOGA, który przychodzi! Jeśli będziemy usiłowali sami wybierać ludzi, parafię, okoliczności - możemy finalnie rozminąć się z Nim i Jego programem względem nas. Twoja rodzina, problem, nawyk - nie jest przypadkiem! To skalpel w Jego ręku! Być sobą, być solą - to dać się posolić! A jeśli sól utraci swój smak, na nic się już nie przyda...
|
|
|
Teraz albo nigdy!
„Powołanie to potok, którego nie przerwiesz – wciąż dąży do Oceanu…”
Taką sentencję zobaczyłem na ścianie pokoju seminaryjnego – to był mój pierwszy rok w szkole Jezusa… Nie zdziwił mnie wtedy skromny i surowy pokój - dotknęło i przeszyło mnie Słowo, które wypowiedział do mnie Ocean…
Potok płynął na różne sposoby – nurt wody zmieniał się smagany wiatrem, przecinany piorunami, które nie ułatwiały drogi. Były też poranki, kiedy Słońce przeglądało się w tafli wody – w całej swej okazałości przeciągało się nad potokiem… Nocą potok jakby zwalniał, zatrzymywał się – może odpoczywał…? Szybko jednak’ skoro świt rozpoczynał swoją wędrówkę. Napotykał drzewa, ptaki, powietrze nawet spadający deszcz, który czasami sprawiał ból a jednocześnie przynosił radość. Deszcz, choć twardymi kroplami przeszywał delikatną strugę wody – rekompensował cierpienie kolorową tęczą. I choć potok nie potrafił zrozumieć tego wszystkiego, co zobaczył, czego dotknął – nie wracał! Płynął – biegł, niektórzy mówili, że wznosił się jak zakochany, bez grymasu na czole… Nikt i nic, nie było w stanie przerwać jego drogi na spotkanie z Oceanem.
Twoje powołanie to potok – nie pytaj dlaczego? Pytaj dla Kogo…
|
|
|